niedziela, 19 grudnia 2010

Zależy

Witam.
Pomijając to że na tak długi okres czasu olałem sobie bloga, napiszę dziś krótki post będący moimi rozważaniami na pewien temat.
Mówimy: "zależy mi na...". Co to znaczy? Na kim może komuś zależeć i po co?
Człowiekowi może zależeć na przedmiotach; będą to pieniądze, kosztowności, dom, samochód i inne tego typu nieznaczące przedmioty wyznaczające w zasadzie prestiż i szczebel w społeczeństwie. Może też zależeć na osobie; może to być ukochana/ny, rodzice, rodzeństwo, przyjaciele, czyli ludzie którym w jakiś sposób chcemy podziękować za ich dobre uczynki dokonane wobec nas lub tez za samą obecność. W końcu może zależeć nam na wartościach, szczytnych celach, ideałach, przyszłości- to są nasze najskrytsze i najwyższe marzenia ludzkości.
Może zależeć nam na tak niby skrajnych rzeczach, jednak znajdziemy przynajmniej jedną wspólną cechę będącą zależnością. Mówiąc "zależy mi" człowiek powinien mieć na myśli "mam na to czas", "mogę i chcę oddać kawałek siebie" dla tej rzeczy/osoby/wartości. To co ja uczynię to jest mój miernik tego, na czym mi zależy i jak bardzo. I widać dokładnie jak łatwo można rozszyfrować do czego dana osoba ma słabość, na czym skupia uwagę i poświęca czas. To jest oczywiście dobre, ale trzeba pamiętać, że to podstawa wszelkich szantaży- Znajomość tego na czym komu zależy może być niechybnie użyte przeciw tej osobie.
Na szczęście istnieje takie coś jak zaufanie, ale to już temat na osobne rozważania.
PS To drobne gesty i szczegóły najczęściej mówią o zależnościach...

Pozdrawiam wszystkich na święta.

wtorek, 7 września 2010

Muzeum Chopina cd.

Przechodzimy na ostatnie, drugie piętro muzeum. Tam dowiadujemy się mnóstwa ciekawych rzeczy o podróżach Fryderyka. Zaciekawiła mnie jedna z jego wypowiedzi ukazujących jego kapryśną naturę i nerwowość. Do obsługi hotelu (chyba hotelu, już niestety nie pamiętam) wykrzyczał słowa pogardy dla warunków w jakich się znalazł, ale przede wszystkim był wzburzony tym iż nie ma fortepianu w salonie. W tej części muzeum znalazły się również niektóre listy do przyjaciół. Utrzymane ciągle w nastroju literackim i zachowujące walory artystyczne opowiadały o tęsknocie Chopina za ojczyzną okupowaną przez zaborców. Stąd możemy dużo dowiedzieć się o jego patriotyzmie. Na tym poziomie nie zabrakło także różnych ujęć Chopina pędzla i pióra wielu artystów, m.in. słynny portret Chopina namalowany przez Eugene'a Delacroix, ale także masa karykatur uwydatniająca prawie zawsze jego orli nos, chudą posturę i burzę włosów. Można też obejrzeć biżuterię z wygrawerowanymi inicjałami geniusza fortepianu.
Teraz coś co poruszyło mnie najbardziej. Sala śmierci. Sala, która opisywała okoliczności śmierci muzyka. Zaintrygowało mnie już samo wejście: Ciemna, niewielka wnęka w ścianie z boku sali. Wchodzę by dokładnie rozejrzeć się po pomieszczeniu. Eksponaty znajdują się dopiero za czarnym filarem. I tu odsłaniają się napisy.... "Chopin is no more"... Pukiel włosów i odlewy dłoni znajdują się za szybkami razem z kondolencjami i ostatnimi chwilami Chopina uwiecznionymi na obrazach. O ile jego data urodzin jest owiana tajemnicą o tyle data śmierci nie wzbudza wątpliwości. Ostatnie tchnienie Chopin oddał 17 października 1849 roku.

Cały czas po wyjściu z muzeum myślałem o tym jak cudownie byłoby chociaż wydać jeden dźwięk klawiszem fortepianu, na którym grał sam mistrz... Tej przyjemności odmówili mi organizatorzy. Ale faktem jest, że gdyby pozwolono na takie rzeczy to w przeciągu paru tygodni fortepiany rozleciały by się na strzępy.
W mojej pamięci Chopin zawsze zostanie żywy.
Pozdrawiam i zostawiam Was z melodią przenikającą całe muzeum:
http://www.youtube.com/watch?v=mpiJbQvBP8A
i inna interpretacja http://www.youtube.com/watch?v=cKTfcX8NbaM&feature=related

poniedziałek, 6 września 2010

Muzeum Chopina

Witam po długiej przerwie- być może za długiej. Wiele rzeczy wydarzyło się przez ten czas wakacyjnej beztroski... No tak nie oszukujmy się. Papierkowa robota i kartki dokumentów po to żeby mieć miejsce w PG i do spania... Do tego masa pracy fizycznej, co w efekcie dało skutek odwrotny do zamierzonego- wakacje nie były odpoczynkiem dla mnie w tym roku. Wiem że mam jeszcze prawie cały wrzesień, ale wiem również już dobrze co mnie czeka... No nic nie ten temat chciałem poruszyć. Proszę uznać to za wstęp kontrastujący do pozostałej treści notki.
Chciałem przybliżyć Wam moje wrażenia po obejrzeniu Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie.
Zacznę od tego, że pojechaliśmy z prawie całą rodzinką, która w dniu moich 19. urodzin wręczyła mi bilet do tego niesamowitego miejsca. W niedzielę zgodnie z planem wyruszyliśmy o 8:00, o dziwo bez spóźnień jakie zwykle występują, gdy jedziemy autem dalej niż 20km... Nieważne. Podróż była miła i błyskawicznie dotarliśmy na miejsce. Wędrujemy ulicą Ordynacką aż do jej końca. Już przed muzeum ukazuje nam się ciekawy niski budynek, na którym widnieje pięciolinia, nuty... nie odgadłem niestety utworu. Na przeciwko rozciągają się szerokie schody, zdobione nie szczególnie mocno, chyba po to by nie odciągały uwagi od monumentalnego (jak dla mnie) budynku muzeum. Jako że specjalnie nie znam się na architekturze pozwolę sobie pominąć wygląd zewnętrzny muzeum, a przejdę do środka.
Generalnie mamy cztery kondygnacje do zwiedzenia. Każdy poziom ukazuje nam inną część życia Chopina. Jego dzieciństwo odkrywamy na parterze. Możemy przyjrzeć się nie tylko szkołom jakie ukończył, ale także nauczycielom, innym uczniom, a nawet planie lekcji. Informacje przybliżają nam zdjęcia, podpisy i specjalne stanowiska, w których po przyłożeniu biletu elektronicznego można usłyszeć więcej na dany temat. Również tutaj można posłuchać muzyki geniusza fortepianu, niestety ilość zwiedzających jest stanowczo za duża by wszyscy mogli w spokoju usłyszeć najszczersze i najpiękniejsze dźwięki fortepianu... Sprawy nie ułatwiały też trwające naprawy stanowisk i konserwacja eksponatów. Pierwsze duże wrażenie wywarł na mnie dopiero widok długiego fortepianu położonego w piwnicach muzeum. Na telebimie widać było pianistę, który uderza w klawisze. Po przyłożeniu nut do pulpitu fortepianu pianista zaczynał grać dany utwór Chopina. Sala była nowoczesna, przestronna, nadawała nastrój płynącej w tle muzyce (Choć muzyka ta była w istocie najważniejsza).
Wkraczając na pierwsze piętro miałem wrażenie cofnięcia się w czasie do początku wieku XIX. Eleganckie, klasyczne schody, biel, żółcień... Na suficie widniał też pewien tryptyk, jednak nie uzyskałem żadnej informacji na ten temat. Wkraczamy teraz do paryskiego salonu, prawdopodobnie takiego w jakim pomieszkiwał Chopin będąc we Francji. Tu po raz kolejny ujrzałem fortepian, tym razem mniejszy, salonowy, ładnie wyeksponowany usytuowany blisko wejścia. Uroku miejsca dopełniały odgłosy uderzających lekko filiżanek i ciche, francuskie konwersacje, dobiegające jakby zza ścian. Na tym piętrze znajduje się też mnoga ilość listów Chopina wysyłana do wielu osób w tym najczęściej do Matki, rodziny i kochanek... Podoba mi się literackość tych zwykłych listów i to że zawierają odrobinę humoru, sarkazmu i pokazują figlarną stronę Chopinowskiej duszy. Również na tym poziomie możemy odnaleźć pomieszczenie, w którym kilka różnych gablotek odkrywa tajemnice miłości pianisty. Myślę, że miłość, która przetrwała by najdłużej była by darzona przez Fryderyka w stronę Jane Stirling. Doskonale uzupełniała geniusza, dbała o niego, on komponaował dla niej melodie... natomiast najbardziej owocną znajomością okazał się związek z Delfiną Potocką, podczas którego Chopin napisał wiele swoich utworów m in Koncert f moll, który dedykował tejże pani.
Ostatnie piętro opiszę następnym razem. Tymczasem idę spać.
Pozdrawiam

środa, 14 lipca 2010

Wakacje

W wakacje nowych notek proszę nie spodziewać się.
Każdy chce wypocząć.
Pozdrawiam wakacyjnie!

środa, 23 czerwca 2010

Kariera

I Sława. Co mogą zrobić z ludźmi? Wystarczy wziąć do ręki byle jaki brukowiec (zresztą brukowce są "byle jakie") i przeczytać dowolny artykuł. Skandal, furora, szok, a wszystko po to żeby zabłysnąć, żeby choć chwilę media skupiały się wyłącznie na MNIE, żeby to MOJE racje były pokazywane, żeby zamieścili rubrykę z MOIMI zdjęciami, żebym to JA był w centrum uwagi, choć na ten jeden głupi moment. Bez skandalu i negliżu nie wywalczysz dziś prestiżu, chciało by się rzec. Do tego śpiewacy i wszelkiej maści pseudo piosenkarze. Prawdziwy piosenkarz-artysta-muzyk powinien: a) sam wpaść na pomysł, b) sam skomponować melodię, c) sam wymyślić tekst, d) wykonać utwór czysto, samodzielnie, artystycznie. To się tyczy też zespołów.
Ile ludzi zmarnowało swój talent muzyczny, tylko po to żeby zabłysnąć! Najpierw grają dobrą muzykę, potem zaczyna się uwaga mediów, później coraz słabsza i bardziej komerchowa muzyczka z trzema akordami i miernym tekstem o miłości (która jest tematem przereklamowanym, objeżdżonym, przestudiowanym, wychędożonym po całości), a dalej szkoda gadać.
Znam pewną bardzo młodą osobę. Mała na talent i nawet miała chęci do gry na pianinie. Świetnie jej to szło- w wieku 9 lat potrafiła już 1 część Dla Elizy. Niestety, wkręciła się także na zajęcia z wokalu i od tej pory zaczęła występować niemal na każdym przedstawieniu, a jej rodzice zawsze zadbają o to żeby nie zabrakło kamery. To zapędzenie w śpiewaniu odsunęło na boczny tor grę na fortepianie. Mówię- talent ma tylko, cholera, jakby jeszcze chciała trenować. Na prawdę nie potrzebuje wiele, ale ona całkowicie to olewa. Za dużo piosenkarstwa i drobnomieszczańskiego "paniusiowego" stylu pokazywane jest w telewizji. A dzieci się uczą...
Tak samo jest z polityką. To od mediów zależy poparcie dla danego kandydata. Dlaczego? Ponieważ nie przedstawiają oni swojego programu politycznego, nie dają żadnych merytorycznych konkretów, tylko puste hasła (Np. łatwiej powiedzieć "Zmniejszę podatki!" niż "Sprywatyzuję służbę zdrowia!", stąd między innymi słynna ostatnio sprawa w sądzie). Jeśli wyborca nie zna programu polityka, to głosuje na tego, kto bardziej świeci w TV. Słyszałem w wiadomościach taką rozmowę: "Na kogo pan głosował?", "Na p. Komorowskiego", "Dlaczego", "A bo on dobrze gada". Ludzie! Myślałem, że więcej w was obiektywizmu...
Pozdrawiam

niedziela, 6 czerwca 2010

Jest tak że musimy podzielić nasze życie na pewne etapy, zaczynać je i kończyć. Gdy jeden odcinek dobiega końca, drugi właśnie się rozpoczyna. Ja jednak czuję inaczej.
Zakończyłem pewien etap w życiu, ale nie czuję żeby zaczął się jakikolwiek nowy. Raczej czuję się jak w próżni, zawieszony w jakimś egzystencjalnym dołku. Szukam na co dzień punktów odniesienia, które wyznaczałyby mi jakieś cele. Jednak z reguły są to błahostki i niewiele wprowadzają do mojego życia. Wydaję mi się, że to przez brak szerszego kontaktu z ludźmi mojego wieku. Człowiek jest istotą społeczną i musi przebywać z ludźmi. Tak sobie wpajałem bycie aspołecznym, a tu okazuje się, że to nic ciekawego. Starasz się być oryginalny za cenę drugiej osoby; w istocie jest to słona zapłata.
Te samotne noce są często obłędne...

czwartek, 27 maja 2010

Alkohol

Przepraszam najmocniej że notka będzie pisana pod wpływem.
Alkohol- wiem że jest w dużych dawkach rzeczą złą ale jeśli wie się ile można go spożyć i kiedy jest właściwy moment na to, wtedy alkohol sprawia, że czujemy potrzebę życia, że po coś jedbnak zostaliśmy stworzeni, że może akurat po to żyjemy, dla tych krótkich chwil uniesienia, które dostarcza nam w małych ilościach życie, które tak bardzo chcemy podtrzymać pomimo ulotności czasu...
Te krótkie chwile... te w których czujemy się niebiańsko, bezpiecznie, "po swojemu"- to one są tym co w życiu najważniejsze. Bo grunt to odnaleźć siebie. Obnaleźć tego kogoś, kto jest ukryty w nas samych, wydobyć go, pokazać, ujawnić...
To pełnia życia, i zyskuję nadzieję na kolejny dzień, I choć zdaję sobies prawę z konsekwencji picia. Trzeba znać umiar- po prostu.
pozdrawiam

środa, 19 maja 2010

Zalewanie

Notka(mam nadzieję) będzie krótka i dotyczyła bieżących problemów.
Jak pewnie wszystkim ogólnie wiadomo południowa część Polski została zalana falą powodzi spowodowanych, a jakże, dużą ilością opadów z chmur gromadzących się bodajże jeszcze pod pyłami z islandzkiego wulkanu. Nie wiem czy warto jeszcze obwiniać te zanieczyszczenia- nie ma już prądów powietrza w atmosferze, czy wszystkie prądy koncentrują się do środka Europy, że się te gazy nie ulotniły?
Pomijając to chciałem poruszyć kwestię pomocy powodzianom. Oczywiście, nasza wspaniała polska mentalność nie pozwoliła we wcześniejszych latach udoskonalić środki przeciw kataklizmom i w ogóle zbudować jakiekolwiek nowe zapory. Odbiło się to na budżecie państwa i tym razem. Jeszcze żeby to Polak był mądry po szkodzie- a gdzie tam! Wolimy przepłacać płacąc potopionym odszkodowania niż oszczędzić przez środki ochrony. Patrzyłem niedawno na zdjęcia na onet.pl i zaciekawiła mnie jedna rzecz. Powodzianie opierają się o barierki i patrzą jak ich zalewa jakby mówili: "to normalka".
Przydałyby się teraz wywody o nieudolnym rządzie, o Polakach jako społeczności bla bla bla... Co prawda już trochę samokrytyki (o Polakach) napisałem, ale nie mam zamiaru dalej nas najeżdżać. Lepiej chyba zastanowić się, co można zrobić pożytecznego, niż zalewać długimi wywodami.
Pozdrawiam

poniedziałek, 17 maja 2010

Radość, gdy wokół łzy

Mieliście kiedyś takie uczucie?
Ostatnimi czasy jakoś dobrze mi się powodzi. Odniosłem parę sukcesów, doszedłem do pewnego etapu w moim życiu, kiedy mogę pochwalić się osiągnięciami. Mimo to czuję niedosyt.
Widzę te wszystkie łzy, zmartwienia, rozpacze wśród bliskich. Ich niepowodzenia zmuszają mnie do myślenia- czy nie mogłem im w jakiś sposób pomóc? Może za bardzo skupiłem się na sobie?
Mocno wierzyłem w teorią małych kroczków. Krok po kroku, etapami, szczeblem po szczeblu chcę dojść do takiego punktu, gdzie wreszcie będę mógł zmieniać świat na swój sposób, przyczynić się do czegoś wielkiego. Dlatego m. in. postawiłem na chemię i technologie energetyczne, widząc przyszłość w nowych źródłach energii i technice.
Teoria ta ma jednak swoje... powiedzmy wady, chociaż nie wiem jak to dokładnie określić. Patrząc na brak sukcesów innych chcę przyspieszyć ten proces i staję się niecierpliwy. W ten sposób mogę coś ominąć, jakiś szczebel, może z pozoru mało istotny, ale zawsze- szczebel. Kolejna rzecz- teoria ta wymaga poświęcenia mnóstwa czasu na kształcenie umiejętności. W dużym stopniu pomija się życie towarzyskie uważając je za mało progresywne. A przecież kontakt z ludźmi to podstawa postępu. To zupełnie jak biblijna wieża Babel, która nie została ukończona, pomimo chęci i możliwości, bo ludzie się nie dogadali (pomijam już nadnaturalne tło tego zjawiska). Tak więc do tej teorii dopisałbym życie towarzyskie jako jeden z jej filarów.
Poza tym cieszyć się kiedy wokół same upadki jest uczuciem bardzo dziwnym. To tak jakby swoim szczęściem denerwować ludzi. Ciesząc się, nic nie robię złego, ale takie mam wrażenie.
W ogóle nie uważacie, że jeśli jakiś człowiek za bardzo się cieszy i NIE jest pijany to w oczach przeciętnej osoby jest psycholem? Tak jak to ujęła little girl- nie wypada tańczyć na ulicy, choć ma się taką chęć, bo jesteśmy już dorośli, a dorośli są poważni.
A może znajdźmy odrobinę dziecka w sobie? Cieszyć się z błahostek może jest głupie, ale przynajmniej po części rekompensuje te przykre sprawy.
Pozdrawiam

piątek, 14 maja 2010

Co zrobić z nudą?

Chyba odkryłem właśnie wartość przebywania z ludźmi.
Matura maturą- nie trwa wiecznie. W wolnym czasie pomagam rodzicom, razem z tatą przygotowujemy grunt do budowy muru i płotu. Pomimo zmęczenia, które daje się we znaki po pewnym czasie, lubię tę robotę. Skupiam się tylko i wyłącznie na jednej czynności. Zapycham sobie czas. Jednak potem wracam do domu, jem coś, biorę prysznic i... nic! pusto! Nie mogę znaleźć sobie miejsca we własnym pokoju. Komputer już dawno nie interesuje, lekcji już nie odrabiam, nie przygotowuje się do matury bo nie mam już do czego, nie rozmawiam z nikim na gg, bo nikogo nie ma... Czas ten zapełniam grą na pianinie. Fakt faktem, że w końcu nadrabiam zaległości sprzed matury, ale to wciąż niedosyt. Czuję potrzebę rozmowy. Z rodzicami raczej sobie nie pogadam, bo nie lubię polityki, którą często poruszają. Z sąsiadami nie pogadam (mała wioska, nikogo w moim wieku nie ma). Nigdzie nie pojadę. Choć jestem dorosły, rodzice wciąż mają wątpliwości i kiedy chcę gdzieś się zabawić, to musi być spełnionych kilka warunków. Żeby ktoś pilnował tej imprezy, żeby to nie było do 12, żebym dzwonił co 15 minut, żebym ni kropelki alko nie pił... To ja dziękuję za taką zabawę.
Czuję się jak dziecko. Tkwię cały czas w tym martwym punkcie bycia obiektem nadmiernych trosk. Jak mam się uodpornić na rany te płytkie i te głębokie, skoro nie mogę ich doświadczyć? Nie mogę żyć pod kloszem; oszukuję sam siebie kiedy chcę pokazać, że jestem towarzyski wśród znajomych, a tak na prawdę nie miałem sposobności nabycia tej cechy. To ciągłe udawanie, to wieczne trwanie w skórze, której się nie lubi, którą chce się zrzucić. Chciałbym zdobyć się na tyle odwagi, żeby kiedyś na pytanie "co słychać?" zamiast "wszystko w porządku, mamo" odpowiedzieć: "Czuje się źle, chciałbym żebyście przestali mnie rozpieszczać i się o mnie tak martwić. Dajcie mi więcej swobody i pozwólcie mi być tym, kim jestem."
Ta dziecinność wymusiła nawet na mnie robienia pozorów prawego i dobrego człowieka. W oczach znajomych mamy i taty jestem mądrym uczniem, mam dobre stopnie i indeks i że pomagam im w pracy, że nie przeklinam... Tak na prawdę kryję pod tą maską bunt dla takiej rzeczywistości. Nie obchodzi mnie szkoła i zbędne przedmioty i gdyby tak nie zależało rodzicom już od dawna rzuciłbym te starania o pasek. O! wielebny pasku! Ile przez ciebie wycierpiałem! Ile czasu mi zabrałeś! Ile mojego życia...! Przeklinać też potrafię. Zgrywam nawet pozory kiedy pokazuje że coś mnie obchodzi polityka pana X, że "uważam" rządy pana Y za złe. W rzeczywistości pierdoli mnie, co mówi się o kaczkach, szczątkach jakiegoś debilnego samolotu o nieudolności Rosjan w postępowaniu w związku z tym. A niech sobie robią co chcą! Za dużo skupienia na przeszłości, a tak mało na przyszłość, technologię, cywilizację i rozwój.
Rozdrapujemy jakieś na prawdę nieważne rany, które tylko bardziej jeszcze bolą z każdym słowem. Świat się zhumanizował i to o tej gorszej humanizacji mówię. Z góry przepraszam prawdziwych humanistów. Połowa ludzi tylko bywa humanistami, kiedy nie wypada inaczej. A tak na prawdę komu zależy na patriotyzmie, historii i kultury na co dzień?
Ale to już abstrahując od tematu.
Czasami mam prawdziwą ochotę zrobienia wszystkim na przekór. Szczególnie tym, którzy wymagają ode mnie bycia porządnym.

Pozdrawiam

wtorek, 11 maja 2010

Idealista

Człowiek idealny. Nie istnieje.
Niestety czasami nie potrafimy tego zauważyć. Nie uważam się za idealistę. Mam sporo wad, niektóre tak hańbiące, że unikam ich rozgłosu, a do tego potrzeba kłamstwa- i już spotęgowałem moje niedociągnięcia. Irytuje mnie czasami czyjaś gadanina, jakobym potrafił wszystko i wielkie zdziwienie, kiedy coś mi nie wyjdzie. Generalnie mam to gdzieś, ale tym ludziom nie mieści się w głowach, że każdy człowiek popełnia błędy. Nie można ludzi stawiać nad innymi ludźmi. Nie mówię, że władza jest zła (chociaż ma swoje ciemne oblicze)- staje się tak kiedy paru ludzi chce zdominować całą resztę i w sposób autorytarny nimi rządzić. Władza powinna być dla ludzi, a ludzie powinni docenić to, że ktoś się nimi interesuje i chce im pomóc. Ale jakoś dzisiaj każdy rządzący jest krytykowany za byle błahostkę. Za to, że na pogrzebie nie był, albo że zapomniał pocałować damę w dłoń, albo że zapomniał się podetrzeć. Dlatego odchodzą do metod takich, jakie sobie wyborcy życzą, czyli nic innego jak do wyzwisk pod adresem przeciwnie ugrupowanej partii. Ale i to się nie podoba ludziom. Musimy się zastanowić, czy chcemy dalej tej rozpierduchy, czy może czas się uspokoić i przedstawić w spokoju i debacie poglądy poszczególnych stronnictw. Nie! Dlaczego? Bo ludzie ślepo wierzą, że przyjdzie kiedyś w końcu ideał i zrobi porządek. No to sobie poczekamy...

Jeszcze się taki nie narodził co by wszystkim dogodził.

Między innymi dlatego nie interesuję się polityką. Czasami zdarzy mi się obejrzeć jakieś wiadomości, ale wszytko co słyszę to wieczne powtarzanie, obietnice, afery, albo ekhm, PR "pijar" i jego brak. Jakby ten cały pasztet pochodził z jednego "wspaniałego" źródła. Nie ma różnych poglądów. Są tylko poglądy tych, którzy umieją głośniej się drzeć w mediach.

Strasznie polityczne te moje dzisiejsze rozważania... Muszę tego unikać, to jest jakieś... mętne.

Pozdrawiam

czwartek, 6 maja 2010

Przenikliwe zimno

Jestem w pełni sezonu maturalnego, akurat mam dzień przerwy, więc mogę sobie odpocząć.
Niedawno zmarł mój wujek. Był co prawda stary i chory, mimo to powinienem przecież chociaż wydusić z siebie odrobinę żalu. Przygnębiał mnie więc fakt, że nie smuciłem się z powodu zgonu bliskiej mi osoby. Uodporniłem się na śmierć? A może po prostu nie był mi on tak bliski jak inni wujkowie? Dziwne odczucie. Poruszyła mnie jednak dzisiejsza pogoda. Przenikliwe zimno i lodowaty deszcz dawały się we znaki. To tak jakby dusza wuja domagała się odrobiny współczucia, żalu i szacunku, którego nie miał okazji tak na prawdę doświadczyć za życia. Dopiero wtedy zrozumiałem jego cierpienie. Cierpienie, które zostało przerwane śmiercią. To jedna z tych sytuacji, kiedy zastanawiam się, czy śmierć jest naszym wrogiem, czy sojusznikiem.
Poważnie zastanawiam się nad napisaniem dłuższej noweli. Już od dawna miałem parę pomysłów na jej napisanie, ale często chęci były jak fala: unosiły się i opadały. Tym razem, kiedy już skończę moje maturalne zmagania biorę długopis, kładę kartki, zamykam drzwi... a może nie zamykać? Może właśnie otwartość wesprze moje niedoszłe osiągnięcie? To jeszcze kwestia szczegółów.
Nie omieszkam powiedzieć, że miałem duże chęci na napisanie jej po angielsku... ale to raczej bezcelowe, a dla ćwiczenia języka wystarczy parę krótszych opowiastek.
Zobaczymy co nam czas przyniesie...
Pozdrawiam wieczornie

niedziela, 2 maja 2010

Autorytet

Coś mi się zdaje, że ostatnio z osób, które uważałem za autorytet zostały mi tylko 2- rodzice.
Nawiązując do jednego z moich poprzednich postów, człowiek powinien mieć zasady i nimi się kierować w życiu. Cała sztuka polega na tym, by wybrać te odpowiednie, a odrzucić te bezsensowne. Moim autorytetem byli zawsze ludzie, którzy mieli swoje stanowcze poglądy i wartości. Teraz zauważyłem, że ci ludzie z całym impetem je łamią. To zjawisko nie jest bynajmniej złe.
Przecież w naszym świecie na prawdę nie da się zachować jednolitych reguł. Każdy może je kształtować na swój sposób. Trwanie wciąż w jednym poglądzie nie jest z reguły złe- staje się tak dopiero kiedy nie ma już mniej lub bardziej racjonalnych argumentów na jego obronę. Tak na prawdę, tylko głupcy nie zmieniają zdania. Do autorytetów- uważam, że nie można doszukiwać się wzorców, ani ślepo przyjmować ich zdania. Dla mnie wyjątkiem są oczywiście rodzice, ale i z nimi nie zgadzam się w pewnych kwestiach. Różnica pokoleń wymaga zmiany światopoglądu.
Jeśli zatem uważałeś/łaś że twój nauczyciel/ka od angielskiego jest wzorcem przestrzegania regulaminu szkoły w niej i poza nią, to głęboko się mylisz, a i możesz się zdziwić, kiedy zastaniesz ją/ jego przy piwku czy nawet winiaczu.
Wszystko jest dla ludzi i jeśli twój autorytet korzysta z tych samych dobrodziejstw ludzkości co inni ludzie to przede wszystkim jest to taki sam człowiek jak ty czy ja.
Pogmatwałem trochę ale rozumiecie o co chodzi?
pozdrawiam

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Taki inny świat. Taki... swój świat

Każdy z nasz ma swoje miejsce do którego chciałby uciec, będąc poza rzeczywistością. Często także świat ten jest bliżej niż nam się zdaje, a mimo to bariera, którą trzeba pokonać wymaga nieraz przestawienia całkowicie wartości, którymi się kierujemy w życiu. Opiszę nieco swoje wyobrażenie Utopii.
To miejsce gdzie stojąc w tłumie ludzi mogę powiedzieć: jestem sobą! I nie zostanę z tego powodu ani zignorowany ani pogardzony. Słyszę muzykę, która wciąż dodaje mi nowych sił i chociaż byłbym wyczerpany z głodu, utrzymywałaby mnie przy życiu. W świecie tym nie liczy się forma: ani wygląd, ani majętność, po prostu pokazujesz się od wewnątrz, jesteś indywiduum, kimś wielkim, pomimo bycia jednym z wielu. Miłość nie opiera się na fizycznej bliskości, chociaż dwoje kochanków stoją obok siebie. Są związani wstęgą uczucia, nie patrzą na siebie, ale oboje przed siebie.
Niemożliwe? Bynajmniej! Ale... nie w tym czasie i tej rzeczywistości. To wymaga tylu wyrzeczeń, zniszczenia i złamania zasad, które Rodzice wpajali mi przez te wszystkie lata... Duży bunt... za duży być może?
Wiec ta pozorna sprzeczność |inny świat- swój świat| jest podstawą, żeby dojść do swoich marzeń.
Optymistycznie? Tylko z pozoru.
Pozdrawiam

czwartek, 22 kwietnia 2010

Biegnąc do autobusu

Zaintrygowała mnie dygresja [w poście little girl(link obok)] na temat biegnących do autobusu ludzi. Warto ją przeczytać, wspomnę tylko, że tłum ten omal nie stratował dziewczynki. Cóż za symbolika!
Mam do czynienia na co dzień z taką sytuacją- niestety w PKS nic się do tej pory nie zmieniło. PKS? To tak na prawdę ludzka mentalność dyktuje dzikość. Bo jak inaczej określić pośpieszny chód w kierunku autobusu? To tak jak ludzie pierwotni szli z dzidami po zdobycz, nie bacząc na innych, byle tylko zdobyć co trzeba... Często po prostu dbamy bardziej o naszą wygodę i korzyści niż o drugą osobę. Jesteśmy zapatrzeni jak ćmy w ostre światło. A dziewczynka... czemu ona była winna? To anonimowa ofiara ludzkiej dążności do celu, naturalnie- po trupach.
Sytuacja z przystanku PKS to nie odosobniony przypadek. To każda chwila w życiu człowieka, kiedy w imieniu własnych interesów i strachu przed ich utratą traci on swoją godność i stacza się do prymitywów. Nie ważne, czy to kolejka pchających się ludzi w sklepie, czy ekspansywna polityka terrorystycznego kraju.
Złe jest wywyższanie się ponad innych. Dobrze pokazał to Dostojewski w "Zbrodni i karze". Nie dzielmy społeczeństwo na elitę i masę (chociaż powiało tu hipokryzją z mojej strony; za "szarą masę" przepraszam). Każdy człowiek to indywiduum, a jeśli nie wyraża swoich własnych poglądów, to po prostu jest nieuświadomiony swojego człowieczeństwa, albo ograniczony przez drugą osobę. Dobrze jest jeśli potrafimy w grupie ludzi odnaleźć siebie i właśnie siebie nie stracić- w oczach swoich i innych.
Ciężko jest tak nagle zainteresować się drugą osobą, ale im więcej jest ludzi, którzy akceptują i wspierają innych, tym świat staje się lepszy (Całkowite polepszenie jednak nie nastąpi)
Pozdrawiam

piątek, 16 kwietnia 2010

Wyrażanie siebie

Teraz parę słów, na prawdę niewiele o wyrażaniu siebie.
Niewiele z tego względu, że lepiej jest posłuchać, jak ktoś się wyraża niż o wyrażaniu słuchać. No dobra dość tych skomplikowanych zdań.
To bardzo ważna czynność, która potrzebna jest każdemu człowiekowi. Uzewnętrznić siebie i swoje potrzeby można na wiele sposobów. Najłatwiej jest to zrobić gestem, bowiem gest jest prawie zawsze uniwersalny i w sposób prosty załatwia tę sprawę. Można także wspomóc się słowem- ich odpowiednie dobranie, zawiłość, skomplikowanie, ułożenie i intonacja ukazuje cechy charakteru, a często także inteligencję człowieka. Słowo jest o tyle cholerne, że można je interpretować na wiele sposobów i zapamiętujemy je najszybciej. Raz utkwione zdanie może przysłonić nam dokładną wizję tego, "kim on jest". Dlatego wolę sposoby trzecie, konkretnie- wyrażanie przez muzykę. W całej zawiłości dzisiejszego świata, ona jedna jakoś zachowała swoją świeżość jak dla mnie. Nie chodzi mi tu o proste "pobrzdąkanie", bo to wówczas nie jest wyrażanie siebie, tylko wyładowanie agresji. Poniekąd może być to jakieś uzewnętrznienie, ale chodzi mi przede wszystkim o myśli głębsze, nie osiągalne zwykłymi słowami. Tam, gdzie kończą się rozmowy, nastaje muzyka, a ona wypełnia pustkę... Dociera do zakamarków ciała, wyrywa z piersi to coś, co się przedziera przez gardło, ta moc i siła... Dla mnie tak to właśnie powinno wyglądać. Nie, nie jestem wokalistą, a pianistą- wywołuje to taki sam efekt tylko bez rozdzierania gardła. Ta moc nut pod palcami- to właśnie chcę w tym momencie poczuć...!
Są też inne sposoby na wyrażenie siebie, ale wybrałem te trzy najważniejsze jak dla mnie (choć bezpieczniej byłoby określić muzykę mianem "artyzmu").
No tak oczywiście nie wyszedł plan z krótką refleksją, ale to nic- lepiej temat nieco zagłębić niż zostawić tylko wzruszonym.
Pozdrawiam

czwartek, 15 kwietnia 2010

Wiedza

Mogę zaryzykować stwierdzenie, że interesuje mnie wiedza. To oczywiście pojęcie szerokie, ale nie mniej jednak godne poświęcenia uwagi i- życia. Jest w niej coś imponującego.
Nie wiem, czy celem każdego człowieka jest dążenie do zdobywania wiedzy. Jeśli wiedzą nazwałbym doświadczenie życia, wówczas każdy chce ją posiadać i mieć jej coraz więcej. Bardziej interesująca jest jednak wiedza o świecie, o każdym jego elemencie, zarówno natury duchowej jak fizycznej. Doświadczenia życiowe są też ważne, ale są tylko zdarzeniami, a mnie chodzi o dopatrywanie się przyczyn, dlaczego coś się dzieje tak a nie inaczej, a jeśli zadziała inaczej, to co się stanie?
Zauważyłem w pewnym momencie wyraźnie, że nie wszyscy pragną tej wiedzy. Sytuacja miała miejsce w autobusie, razem ze znajomym dyskutowaliśmy o neutrinach i fotonach- ich masie, energii, roli w świecie, prędkości... Siedzący przed nami osobnik płci męskiej wtulony w swoją towarzyszkę płci żeńskiej słuchał z uwagą naszych wywodów. Padło jedno zdanie, które mi utkwiło w pamięci i które będę sobie zadawał jeszcze przez długi czas: "Czy nie potraficie gadać o czymś innym niż nauka?" Po tych słowach powrócił do tulenia towarzyszki. Na dzień dzisiejszy tłumaczę sobie to w ten sposób, że chcę rozmawiać o nauce i wiedzy, bo to mnie interesuje, ciekawi, fascynuje i kształci. Jeśli się to komuś nie podoba, to niestety nie znajdzie u mnie sympatii i wcale jej nie wymagam od nikogo. Może dlatego, że brak mi tego, co osobnik miał- doświadczenia życiowego.
No dobrze, powiedziałeś tylko same ogólniki o wiedzy, a powiedziałbyś może coś konkretnego?
Owszem powiem, że interesuję się chemią, nowymi sposobami syntezowania związków już poznanych i wymyślania nowych związków. Fascynuje mnie energia, jej przepływ, ulotność, szukam tego miejsca, dokąd idzie cała energia, bowiem tracimy energię, ale nic w przyrodzie nie ginie. Chcę stworzyć nowe źródła energii, efektywniejsze elektrownie... A poza tym, jak chyba wszyscy, szukam odpowiedzi na pytanie: Kim jestem?
Dużo potrafię mówić, ale czas pokaże, co się spełni.
Pozdrawiam wszystkich.

niedziela, 11 kwietnia 2010

O tragedii

10 kwietnia 2010 roku w pobliżu Smoleńska miała miejsce katastrofa samolotu Tupolew 154M. Leciało w nim 96 osób. Nikt nie przeżył.
To przede wszystkim tragiczna śmieć wielu ludzi i trauma dla ich bliskich znajomych i rodzin. Jedno życie, gdy odchodzi, jest przeżyciem drastycznym dla wielu, co dopiero mówić o prawie 100 osobach?
Przejmuje mnie przede wszystkim fakt odłączenia i wywyższenia osoby Prezydenta nad innych ludzi. Wiem, jest to najważniejsza osoba w państwie, ale dlaczego tak małostkowo mówi się chociażby o panu Wassermanie? Czy jego życiorys i zasługi dla kraju nie są godne uwagi ludzi? Nie rozumiem...
Dziennikarze! Pamiętajcie o wszystkich ofiarach!
Irytujące jest także to, że chcemy sensacji. Zamiast podjąć refleksję nad tą sytuacją, nieustannie dopatrujemy się nowinek, ciekawostek, opinii, komentarzy. Czy nie jest to perfidne, gdy całe mnóstwo kamer bierze sobie za cel Jarosława Kaczyńskiego, by wyrwać z niego i pokazać na cały świat jego troskę i zmartwienie?! Sensacja i tandeta, zaprzestańmy tego.
Inną sprawą jest to, że nagle wszyscy widzimy Lecha Kaczyńskiego w samych superlatywach. Gdzie nasza dezaprobata? Gdzie wyśmiewanie się z jego postawy, głosu, poglądów? Gdzie krytyka, pogłoski, docinki? Nic, cisza. Jakoś nie chce mi się wierzyć w tak nagłą zmianę zdania wielu setek ludzi o ile nie tysięcy. To wszystko na pokaz i zgodne z opinią, iż: "O zmarłych źle się nie mówi". Pan Prezydent słyszał wiele słów dezaprobaty a nawet poniżenia, ale ta cicha nieszczerość, fałszywe, drugie oblicze jego wrogów musiało by być zapewne najboleśniejszym ciosem.
Więcej na ten temat raczej nie mam do powiedzenia- poza powtórzeniem: Zginęli LUDZIE.
Pozdrawiam wszystkich w dniu żałoby.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Nowoczesność

Temat zrodził się z notki Wiedźmy( link obok) o zdradzie. W ramach odpowiedzi nasunęła mi się refleksja o nowoczesności. Konkretnie- co tak naprawdę oferuje nam modernizm i jakie niesie za sobą zagrożenia?
Wiadomo przecież- każda cywilizacja dąży do doskonałości( nie osiągnie jej though) i nie jest w tym nic złego. Wraz z postępem technologicznym ludzkość nabywała czas na refleksje, myśli niekiedy bardzo filozoficzne a kiedy indziej konkretne na świat. Z tych przemyśleń rodzą się pomysły. W zasadzie cały postęp ludzkości spowodowany jest lenistwem, bo przecież wynalazki służą temu, by człowiek miał mniej do roboty, tak nawiasem mówiąc. Powracając- pomysły: jedne o charakterze humanistycznym inne o czysto technologicznym. Te drugie, moim zdaniem, zawsze udoskonalają świat i zmniejszają ludziom pracę. Co prawda nie wykluczam czegoś takiego jak choroby cywilizacyjne.
Natomiast jeśli chodzi o humanistyczne poglądy- tu nie jest zbyt ciekawie. Za poglądy nowoczesne często uważa się: homoseksualizm, dewiacje, wolne związki, rozwiązłe życie towarzyskie, itp. Nie wiem czy to tak do końca jest postępowe myślenie... Do niczego dobrego to nie prowadzi- wręcz przeciwnie. Homoseksualizm- nie narodzi się nowe życie. Dewiacje- nie starczy nam już pedofilów? Wolne związki- tydzień jesteśmy szczęśliwi, chcemy mieć dzieci, a tu nagle, bez konsekwencji chłopak porzuca dziewczynę i wyjeżdża za granicę. Prostytucja (tak w skrócie) zaspokaja chwilowe ludzkie potrzeby. Ludzkie? Popęd seksualny to natura zwierzęca. Nie wiem, na prawdę nie wiem dokąd ten świat prowadzi i co jeszcze nas spotka w życiu?
Jakoś nie odnajduję( albo nie chcę odnaleźć?) pozytywnych aspektów nowoczesnego humanistycznego myślenia.
Jako że już czas wielkanocny mogę śmiało powiedzieć- alleluja i (oby nie za bardzo) do przodu!

środa, 31 marca 2010

Parę słów przed Świętami

Czas wielkanocny- co by tu wiele dodać? Zaczynamy świętować od czwartku aż do wtorku. Przed tym jednak parę zdań z moich ostatnich myśli. Uprzedzam, będą zapewne poplątane i niespójne.
Należą się przede wszystkim wyjaśnienia co do ostatniej notki- w chwili przypływu jakichś nieznanych i dużych emocji wyrósł twór dziwny kształtem i przesłaniem. To, że go opublikowałem, też było sprawką tych samych emocji. Uległem im- cóż człowiek nie od wszystkiego potrafi się powstrzymać. (Nie chcę pisać jaki jest dokładny sens tego "wiersza", ale jak to w takich sprawach bywa chodzi o kobietę.
Pomijając ten temat chciałem poruszyć kwestię: komuna- źle, czy jednak nie tak źle? Spotkałem się z wieloma opiniami na ten temat i pierwszy wniosek jaki się wysnuwa to podział na "elitę" i "resztę". Ci pierwsi to wszyscy uczeni, historycy, inni nauczyciele, dziennikarze, obecni parlamentarzyści, sławni ci bardziej lub mniej. Najczęściej w ich opiniach słyszymy dezaprobatę tego straszliwego ustroju, który jest kolbką szatana i innych bluźnierczych zjaw jakie człowiek sobie wymyślił. Często właśnie taka ironiczna postawa dobrze charakteryzuje ich zawziętość o rację dla ich stanowiska. W prasie, radiu, telewizji, państwowych stronach www widzimy podczas dyskusji na tenże temat wiele, niestety tych samych opinii. Jeśli są wspomniane superlatywy to jedynie jako napomknięcie, które zaraz jest skrytykowane "brakiem edukacji i zniewoleniem przez władze". Tu przechodzimy właśnie do "reszty". Co prawda słyszałem z ich ust pewne negatywne zdania, ale wskazują na wiele dobrodziejstw, które oferowali sowieci. Nie będę tu mówił o negatywnych aspektach- tego już można się nasłuchać z jakiegokolwiek mądrego źródła. Chcę natomiast przekazać to, co powiedzieli mi znajomi, którzy żyli w tamtych czasach.
Nie wiem na ile to było prawdą, ale: każdy miał pracę, za pieniądze można było kupić kawałek ziemi i parę sztuk bydła z czego można było utrzymać całą rodzinę. Państwo finansowało młodych studentów ( Co prawda młodzież ze wsi miała lepiej, bo już miała + na starcie, czego nie można było powiedzieć o mieszczaństwie, czy tym bardziej o bogatym mieszczaństwie; w zasadzie dziś tylko zamieniły się strony). Nie było różnorodności w produktach, ale towary były najczęściej pierwszej jakości( mięsa bez solanki), sięgano także po wyroby swojskie, zmuszano ludzi do obcowania z naturą itp.
Mam mieszane zdanie na ten temat, po prostu nie lubię panoszenia się tej powszechnej opinii za najwspanialszą, jedyną, nowoczesną, poprawną humanistycznie "i w ogóle".
Dalej. Odwołując się do aktualnych wydarzeń- zdobyłem indeks na Politechnikę w Gdańsku. Zastanawiałem się jakieś parę tygodni, czy to nie jest przypadkiem to czego tak oczekuję. W końcu jest- nadszedł moment sprawdzenia- wygrałem. Nie wiem czy to jeszcze dlatego, że ta informacja do mnie nie dociera, ale czuję pustkę, jakby nic się nie stało. Jestem już niby studentem, ale... czegoś brakuje. A może właśnie to jest to, co tak bardzo akcentuje Grudziński w "Innym Świecie"? Mowa była o tym, że ten czas w którym oczekujemy jest najlepszy. Samo oczekiwanie jest przyjemne, odwlekanie, rozmyślanie nad tym co będzie. A gdy się to już stanie... Jakoś zaczyna brakować tego wyczekiwania. Ogarnia mnie nuda, rozczarowanie, smutek, dół. Coś w tym jest...
Miałem jeszcze coś napisać, ale zapomniałem co... pewnie przypomni mi się jak odejdę od klawiatury.
Nie pozostało mi nic innego jak życzyć zdrowych i wesołych chociaż nie mam pojęcia do kogo kieruję te słowa( Dlatego często piszę w formie bezosobowej).

środa, 17 marca 2010

Zaginiona miłość, priorytety etc.

Notka będzie oryginalna( w kontekście ostatniego posta). Mianowicie będzie wierszowana. Nie będzie zaś wierszem- bo do tego to jeszcze brakuje nieco kunsztu literackiego i wyobraźni twórczej. Mnie nie chodzi wcale o rytmizację, czy świetnie dobrane rymy, a chodzi o sens- jak zresztą można będzie się przekonać po przeczytaniu notki.

Pianino

W kącie salonu stało pianino.
Skromne, piękne, zdobione dłutem
Genialnego artysty.
Dokoła graty, stoliki, nań wino,
Dywaniki, rozmaite nuty skute
I ułożone w zeszyty.
Przysiadam się sprawdzam strojenie,
Potem sięgam po nuty, a ich melodia
Niesie ukojenie.
Zaczynam grać swobodnie i delikatnie
Niezdarnymi jeszcze palcami pianisty,
Ale dosyć snadnie.
Grając tak nie zważałem na inność,
Liczyła się tylko ta chwila ostatnia,
Gdy doświadcza się cudowności.

Inne jednak rzeczy się o mnie dowiedziały.
Od pianina natarczywie wciąż odciągały.
Tak powoli odchodziłem w zapomnienie.
Pianina zapomniałem, a z nim odeszło natchnienie;
Sił mi brakło, a na stole leżały
Dzieła wybitnych artystów, kwiat wybujały,
Jak potężna moc mazurów Chopina
I etiud, i koncertów i wszelka jego wena.
I Bacha nie zabrakło na moim stole:
Preludium i sonata, i dury, i mole.
Ciężkie to dzieła, ciężkie i zacne,
Warte wysiłku, czekające aż zacznę.
Lecz ja inne plany miałem niż pianino:
Tu nauka, tu wiersze, koledzy i wino.

Gdy już tylko grywałem gamy i pasaże,
Muzyka odeszła- cicho! Już nie ważne.
Teraz minęło lat wiele i instrument
Zasypał się śmieciami iście w moment.
Stał się meblem, ot tak blat na kwiaty
A że nie strojony- to i nic nie warty.

Przyszła taka chwila, bardzo niespodzianie,
Że było słychać pianina ciche wołanie.
Czuło się pustkę w sercu i na ciele,
Że nie grało się czasu tak wiele, za wiele...
Zakurzone stoi w kącie skromnie,
Zawalone jak niegdyś- ogromnie.
Wyczyściłem, odkurzyłem, zdjąłem ozdoby,
Chwyciłem za nuty, na pedałach już stopy,
Czekam, parę wdechów i przerywam niespodzianie;
Zapomniałem z lat wcześniejszych wybitniejsze granie.
Wpycham palce między dwa białe klawisze
I doprawdy ledwo nutę słyszę.
Palce dawne, niećwiczone i młodociane
Nie nabyły mocy, tej nieokiełznanej.
Tylko gamy i pasaże i nic więcej!
Raz szybciej, raz wolniej i mniej prężniej.

Już nigdy nie zagram dzieł wybitnych,
Bo takie tylko dla ludzi ambitnych.
Dla tych, co są mojego pokroju,
Zabrakło miejsca, czasu i spokoju.
Ubyło wszystko, jak dobre wino;
A w kącie wciąż stało skromne pianino...

czwartek, 11 marca 2010

Oryginalność i jej brak

Ostatnimi czasy zastanawiałem się nad rolą oryginalności w moim życiu. Co stwierdziłem? Jest jej mało, i ile nie występuje jedynie w śladowych ilościach. Jeśli coś jest oryginalne, szybko staje się modne, a z modnego- popularne i powszechne, a więc zanika oryginalność. Niepowtarzalność to cecha zanikająca i nietrwała. Oryginalny człowiek to taki, który musi wiecznie stosować swoje własne pomysły, nie zaś schematy.
U mnie to wygląda tak, że jeśli mi na czymś zależy, to bardzo chętnie wykazuję się kreatywnością. Wówczas mam milion pomysłów na minutę. Jednak jest wiele rzeczy, na które nie mam ochoty i chce jak najszybciej skończyć z danym zajęciem. To wynika z przeświadczenia, że myślę: "To mi się nie przyda w życiu, a będzie to potrzebne tylko w najbliższym czasie". Wówczas nie chce mi się myśleć, po prostu, wyłączam tę partię mózgu odpowiedzialną za twórczość. Włączam schematy, systemy, wzorce... Przestaję myśleć! A jeśli nie myślę, to nie istnieję i jest mi z tym niedobrze. W takich chwilach często popełniam błędy i robie wszystko "na odpieprz".
Jest też parę rzeczy, do których mógłbym podejść twórczo, jednak nie przyniesie mi to korzyści lub jestem ograniczony pewnym kluczem. Właśnie- klucz! Narzucenie większości toku myślenia jednej osoby(Totalitaryzm?) W społeczeństwie widać muszą istnieć pewne granice i wyznaczniki, do których dostosowuje się naród. A wszelkie wystające gwoździe zostają wbite bezlitośnie, bo odchodzą od norm. Zostaję oceniany za to, o czym myślę, co sądzę i jak myślę. Czy to nie jest wbrew mojemu prawu do wolności myśli i przekonań?

Gdzie się podziały prawa człowieka?

niedziela, 7 marca 2010

O Chopinie

Postanowiłem napisać ten post w związku z obchodami roku chopinowskiego i dla ukazania wielkości jego muzyki.
Jest to fragment z dziennika(?) mojego autorstwa, napisany dnia 21.02.10

>Teraz w sferze muzyki miejsce zajmuje u mnie Chopin i jego koncert f-moll. To duża dawka polskości. Delikatna w jednym miejscu, dynamiczna i porywcza w drugim. Molto expressivo. W końcu- maestoso. Chopin już nie powrócił po szkole muzycznej do formy koncertu. I dobrze, znacznie bardziej fascynujące są jego późniejsze dzieła( Fantaise improptu, walc c-moll op. 63 no 2). Był wielkim człowiekiem, łamał zasady i naginał rzeczywistość. Dobrze, że mało ludzie go poznało na prawdę. Dzięki temu wydaje się być okolony tajemnicą i mistycyzmem, tak jak na romantyka przystało. Jakże ja uwielbiam impresjonistyczne dzieła Debussy'ego, nawiązujące stylem i formą do chopinowskich ballad!<>Sen wzmaga, a myśli napierają i krzyżują się. Zaprzątam sobie głowę wieloma sprawami, jednak czemu powracają wciąż te złe myśli, okropne, nie pasujące do mnie, których bym nie chciał, a tylko ciało moje pożąda? Bez Boga trudno zachować człowieczeństwo.<(Choć niektórzy mogą się nie zgodzić) >Sen urasta, krzywi się i cofa w odległą przestrzeń przeszłości, która wydaje się wartością i zasobem potężnym. To arsenał myśli i doświadczeń, porażek, zwycięstw, miłości i nienawiści. To jeden ze znaków naszej niepowtarzalności, jak DNA.<

I zasypiam. Może w najodpowiedniejszym momencie?

Życie codzienne

Proste, nieskomplikowane, na pozór błahe życie codzienne, tak na prawdę okazać się może bogate.
Wiele razy przechodząc ulicami miasta obserwuję ludzi- chodzą, biegają, patrzą się i gapią. Czasami kupują coś, jedzą itd. Jeśliby dobrze pomyśleć, każdy z nich jest kimś niepowtarzalnym, oryginalnym, ma swoją historię i swoje zdanie. Często myślimy: " To ja jestem tym, który jest uświadomiony, reszta to szara masa podążająca za systemem". A to błąd. Tu jest całe piękno, bo chociaż nie wszyscy mają odwagę powiedzieć co myślą, to jednak swoje zdanie kreują w głowach. Nierzadko po twarzach można poznać, co dana osoba myśli, a to wiele daje, więcej niż jakiekolwiek słowa. Wtedy zauważa się to piękno ludzkie, mimo całego ogromu podobnych ciał, zawsze znajdzie się ten element, który różni człowieka od człowieka...
Miło jest jednak widzieć podobieństwa. Powiedzmy z książki- przechodzisz obok uliczek zbudowanych w starym stylu i myślisz- "przecież to jest żywo wyjęte z powieści(powiedzmy:"Lalki" )". Dostrzegasz piękno miasta i w całej swojej majestatyczności, sztucznego patosu i monotoniczności doszukujesz się pierwotnego piękna. Tego "czegoś" co sprawia że musisz na chwilę przystać i- pomyśleć