czwartek, 23 maja 2013

Dokąd idę?

To pytanie często nasuwa mi się wieczorami.

Gdzie jest kres naszej wędrówki? Czy jest to jakaś niebiańska kraina? a może nicość?
Czy warto kierować się w życiu zasadami? Czy dostanę nagrodę za to, że stosuję się do zasad moralnych?
Bądź dobry, nie kradnij, nie krzywdź, nie zabijaj, nie pożądaj niczego co nie Twoje, nie gniewaj się, nie zazdrość, nie.....
Czy to co robię jest właściwe? Po co to wszystko robię? Być może jutrzejszy dzień będzie moim ostatnim. A co tam! i dziś mogę już powąchać kwiatki z drugiej strony. Czemu by nie?
Co da mi to, że zjem kolację, że nauczę się na jutrzejszą wejściówkę, że zrobię prezentację, znajdę pracę, ożenię się i będę miał dzieci? Dam początek nowemu staremu życiu, które ciągnie się bez mała tysiące lat. Moje ciał zgnije i ciało moich następców też.
Obawiam się niespodziewanej, natychmiastowej śmierci. Boję się poznać prawdę... jestem za młody i zbyt głupi, żeby poczuć co w mojej duszy śpiewa. Czego bym chciał po śmierci? Sam tego nie wiem, więc czemu miałbym już umierać? A jeślibym umarł nie mając tej świadomości... to czy zastanę wieczną pustkę?
Nienawidzę to co Kościół zrobił z moim umysłem. Przez nich stałem się słaby na duszy, strachliwy o jutro, zapatrzony w wyimaginowaną przyszłość, pełen obaw... Wszystko przez obietnicę kary. Kary za niepodążanie ich ścieżkami, za to że nie będę się spowiadał co miesiąc w konfesjonale. Jebany kler.
Tak, jestem słabym człowiekiem. Wpoiłem to sobie już dawno temu i raczej nie widzę odwrotu. No może małe światełko w tunelu. Ale zawsze jest coś co spowoduje zepchnięcie mnie w rów życia. Widzę jak wznoszą się inni, budują swoje szczęście a ja tkwię w swoim nędznym ciele, zapatrzony w materialny świat, w świat uczelni, która zajmuje mi większość mojego czasu, która też jest wyimaginowanym tworem. Jest iluzją bezpieczeństwa, to już znam i poddaję się jej zasadom...
Nie chcę już tak dalej.
Jestem zbyt emocjonalny i za mało inteligentny na życie. Nie dorobiono mnie. Jestem odpadem atomowym. Czuję się pustą przestrzenią pomiędzy brzegami czyichś osobowości. Jestem zlepkiem wszystkich osób które napotkałem, w mniejszym lub większym stopniu.
Jestem moją mamą, tatą, moim bratem, siostrą, dziewczyną, kumplami, kumpelami, nauczycielami i wykładowcami.
A gdzie jestem ja?
Gdzie tworzę siebie?
Czy istnieję na prawdę?
mogę się zobaczyć w lustrze, mogę usłyszeć swój głos, czasem wyczuwam swój zapach.
Za to totalnie nie czuję swojej osobowości. Jestem tak bardzo wszystkim i nikim.

( W powyższy sposób powstają przemyślenia z błahych rzeczy)

Pozdrawiam,
Nikt.