Przepraszam najmocniej że notka będzie pisana pod wpływem.
Alkohol- wiem że jest w dużych dawkach rzeczą złą ale jeśli wie się ile można go spożyć i kiedy jest właściwy moment na to, wtedy alkohol sprawia, że czujemy potrzebę życia, że po coś jedbnak zostaliśmy stworzeni, że może akurat po to żyjemy, dla tych krótkich chwil uniesienia, które dostarcza nam w małych ilościach życie, które tak bardzo chcemy podtrzymać pomimo ulotności czasu...
Te krótkie chwile... te w których czujemy się niebiańsko, bezpiecznie, "po swojemu"- to one są tym co w życiu najważniejsze. Bo grunt to odnaleźć siebie. Obnaleźć tego kogoś, kto jest ukryty w nas samych, wydobyć go, pokazać, ujawnić...
To pełnia życia, i zyskuję nadzieję na kolejny dzień, I choć zdaję sobies prawę z konsekwencji picia. Trzeba znać umiar- po prostu.
pozdrawiam
czwartek, 27 maja 2010
środa, 19 maja 2010
Zalewanie
Notka(mam nadzieję) będzie krótka i dotyczyła bieżących problemów.
Jak pewnie wszystkim ogólnie wiadomo południowa część Polski została zalana falą powodzi spowodowanych, a jakże, dużą ilością opadów z chmur gromadzących się bodajże jeszcze pod pyłami z islandzkiego wulkanu. Nie wiem czy warto jeszcze obwiniać te zanieczyszczenia- nie ma już prądów powietrza w atmosferze, czy wszystkie prądy koncentrują się do środka Europy, że się te gazy nie ulotniły?
Pomijając to chciałem poruszyć kwestię pomocy powodzianom. Oczywiście, nasza wspaniała polska mentalność nie pozwoliła we wcześniejszych latach udoskonalić środki przeciw kataklizmom i w ogóle zbudować jakiekolwiek nowe zapory. Odbiło się to na budżecie państwa i tym razem. Jeszcze żeby to Polak był mądry po szkodzie- a gdzie tam! Wolimy przepłacać płacąc potopionym odszkodowania niż oszczędzić przez środki ochrony. Patrzyłem niedawno na zdjęcia na onet.pl i zaciekawiła mnie jedna rzecz. Powodzianie opierają się o barierki i patrzą jak ich zalewa jakby mówili: "to normalka".
Przydałyby się teraz wywody o nieudolnym rządzie, o Polakach jako społeczności bla bla bla... Co prawda już trochę samokrytyki (o Polakach) napisałem, ale nie mam zamiaru dalej nas najeżdżać. Lepiej chyba zastanowić się, co można zrobić pożytecznego, niż zalewać długimi wywodami.
Pozdrawiam
Jak pewnie wszystkim ogólnie wiadomo południowa część Polski została zalana falą powodzi spowodowanych, a jakże, dużą ilością opadów z chmur gromadzących się bodajże jeszcze pod pyłami z islandzkiego wulkanu. Nie wiem czy warto jeszcze obwiniać te zanieczyszczenia- nie ma już prądów powietrza w atmosferze, czy wszystkie prądy koncentrują się do środka Europy, że się te gazy nie ulotniły?
Pomijając to chciałem poruszyć kwestię pomocy powodzianom. Oczywiście, nasza wspaniała polska mentalność nie pozwoliła we wcześniejszych latach udoskonalić środki przeciw kataklizmom i w ogóle zbudować jakiekolwiek nowe zapory. Odbiło się to na budżecie państwa i tym razem. Jeszcze żeby to Polak był mądry po szkodzie- a gdzie tam! Wolimy przepłacać płacąc potopionym odszkodowania niż oszczędzić przez środki ochrony. Patrzyłem niedawno na zdjęcia na onet.pl i zaciekawiła mnie jedna rzecz. Powodzianie opierają się o barierki i patrzą jak ich zalewa jakby mówili: "to normalka".
Przydałyby się teraz wywody o nieudolnym rządzie, o Polakach jako społeczności bla bla bla... Co prawda już trochę samokrytyki (o Polakach) napisałem, ale nie mam zamiaru dalej nas najeżdżać. Lepiej chyba zastanowić się, co można zrobić pożytecznego, niż zalewać długimi wywodami.
Pozdrawiam
poniedziałek, 17 maja 2010
Radość, gdy wokół łzy
Mieliście kiedyś takie uczucie?
Ostatnimi czasy jakoś dobrze mi się powodzi. Odniosłem parę sukcesów, doszedłem do pewnego etapu w moim życiu, kiedy mogę pochwalić się osiągnięciami. Mimo to czuję niedosyt.
Widzę te wszystkie łzy, zmartwienia, rozpacze wśród bliskich. Ich niepowodzenia zmuszają mnie do myślenia- czy nie mogłem im w jakiś sposób pomóc? Może za bardzo skupiłem się na sobie?
Mocno wierzyłem w teorią małych kroczków. Krok po kroku, etapami, szczeblem po szczeblu chcę dojść do takiego punktu, gdzie wreszcie będę mógł zmieniać świat na swój sposób, przyczynić się do czegoś wielkiego. Dlatego m. in. postawiłem na chemię i technologie energetyczne, widząc przyszłość w nowych źródłach energii i technice.
Teoria ta ma jednak swoje... powiedzmy wady, chociaż nie wiem jak to dokładnie określić. Patrząc na brak sukcesów innych chcę przyspieszyć ten proces i staję się niecierpliwy. W ten sposób mogę coś ominąć, jakiś szczebel, może z pozoru mało istotny, ale zawsze- szczebel. Kolejna rzecz- teoria ta wymaga poświęcenia mnóstwa czasu na kształcenie umiejętności. W dużym stopniu pomija się życie towarzyskie uważając je za mało progresywne. A przecież kontakt z ludźmi to podstawa postępu. To zupełnie jak biblijna wieża Babel, która nie została ukończona, pomimo chęci i możliwości, bo ludzie się nie dogadali (pomijam już nadnaturalne tło tego zjawiska). Tak więc do tej teorii dopisałbym życie towarzyskie jako jeden z jej filarów.
Poza tym cieszyć się kiedy wokół same upadki jest uczuciem bardzo dziwnym. To tak jakby swoim szczęściem denerwować ludzi. Ciesząc się, nic nie robię złego, ale takie mam wrażenie.
W ogóle nie uważacie, że jeśli jakiś człowiek za bardzo się cieszy i NIE jest pijany to w oczach przeciętnej osoby jest psycholem? Tak jak to ujęła little girl- nie wypada tańczyć na ulicy, choć ma się taką chęć, bo jesteśmy już dorośli, a dorośli są poważni.
A może znajdźmy odrobinę dziecka w sobie? Cieszyć się z błahostek może jest głupie, ale przynajmniej po części rekompensuje te przykre sprawy.
Pozdrawiam
Ostatnimi czasy jakoś dobrze mi się powodzi. Odniosłem parę sukcesów, doszedłem do pewnego etapu w moim życiu, kiedy mogę pochwalić się osiągnięciami. Mimo to czuję niedosyt.
Widzę te wszystkie łzy, zmartwienia, rozpacze wśród bliskich. Ich niepowodzenia zmuszają mnie do myślenia- czy nie mogłem im w jakiś sposób pomóc? Może za bardzo skupiłem się na sobie?
Mocno wierzyłem w teorią małych kroczków. Krok po kroku, etapami, szczeblem po szczeblu chcę dojść do takiego punktu, gdzie wreszcie będę mógł zmieniać świat na swój sposób, przyczynić się do czegoś wielkiego. Dlatego m. in. postawiłem na chemię i technologie energetyczne, widząc przyszłość w nowych źródłach energii i technice.
Teoria ta ma jednak swoje... powiedzmy wady, chociaż nie wiem jak to dokładnie określić. Patrząc na brak sukcesów innych chcę przyspieszyć ten proces i staję się niecierpliwy. W ten sposób mogę coś ominąć, jakiś szczebel, może z pozoru mało istotny, ale zawsze- szczebel. Kolejna rzecz- teoria ta wymaga poświęcenia mnóstwa czasu na kształcenie umiejętności. W dużym stopniu pomija się życie towarzyskie uważając je za mało progresywne. A przecież kontakt z ludźmi to podstawa postępu. To zupełnie jak biblijna wieża Babel, która nie została ukończona, pomimo chęci i możliwości, bo ludzie się nie dogadali (pomijam już nadnaturalne tło tego zjawiska). Tak więc do tej teorii dopisałbym życie towarzyskie jako jeden z jej filarów.
Poza tym cieszyć się kiedy wokół same upadki jest uczuciem bardzo dziwnym. To tak jakby swoim szczęściem denerwować ludzi. Ciesząc się, nic nie robię złego, ale takie mam wrażenie.
W ogóle nie uważacie, że jeśli jakiś człowiek za bardzo się cieszy i NIE jest pijany to w oczach przeciętnej osoby jest psycholem? Tak jak to ujęła little girl- nie wypada tańczyć na ulicy, choć ma się taką chęć, bo jesteśmy już dorośli, a dorośli są poważni.
A może znajdźmy odrobinę dziecka w sobie? Cieszyć się z błahostek może jest głupie, ale przynajmniej po części rekompensuje te przykre sprawy.
Pozdrawiam
piątek, 14 maja 2010
Co zrobić z nudą?
Chyba odkryłem właśnie wartość przebywania z ludźmi.
Matura maturą- nie trwa wiecznie. W wolnym czasie pomagam rodzicom, razem z tatą przygotowujemy grunt do budowy muru i płotu. Pomimo zmęczenia, które daje się we znaki po pewnym czasie, lubię tę robotę. Skupiam się tylko i wyłącznie na jednej czynności. Zapycham sobie czas. Jednak potem wracam do domu, jem coś, biorę prysznic i... nic! pusto! Nie mogę znaleźć sobie miejsca we własnym pokoju. Komputer już dawno nie interesuje, lekcji już nie odrabiam, nie przygotowuje się do matury bo nie mam już do czego, nie rozmawiam z nikim na gg, bo nikogo nie ma... Czas ten zapełniam grą na pianinie. Fakt faktem, że w końcu nadrabiam zaległości sprzed matury, ale to wciąż niedosyt. Czuję potrzebę rozmowy. Z rodzicami raczej sobie nie pogadam, bo nie lubię polityki, którą często poruszają. Z sąsiadami nie pogadam (mała wioska, nikogo w moim wieku nie ma). Nigdzie nie pojadę. Choć jestem dorosły, rodzice wciąż mają wątpliwości i kiedy chcę gdzieś się zabawić, to musi być spełnionych kilka warunków. Żeby ktoś pilnował tej imprezy, żeby to nie było do 12, żebym dzwonił co 15 minut, żebym ni kropelki alko nie pił... To ja dziękuję za taką zabawę.
Czuję się jak dziecko. Tkwię cały czas w tym martwym punkcie bycia obiektem nadmiernych trosk. Jak mam się uodpornić na rany te płytkie i te głębokie, skoro nie mogę ich doświadczyć? Nie mogę żyć pod kloszem; oszukuję sam siebie kiedy chcę pokazać, że jestem towarzyski wśród znajomych, a tak na prawdę nie miałem sposobności nabycia tej cechy. To ciągłe udawanie, to wieczne trwanie w skórze, której się nie lubi, którą chce się zrzucić. Chciałbym zdobyć się na tyle odwagi, żeby kiedyś na pytanie "co słychać?" zamiast "wszystko w porządku, mamo" odpowiedzieć: "Czuje się źle, chciałbym żebyście przestali mnie rozpieszczać i się o mnie tak martwić. Dajcie mi więcej swobody i pozwólcie mi być tym, kim jestem."
Ta dziecinność wymusiła nawet na mnie robienia pozorów prawego i dobrego człowieka. W oczach znajomych mamy i taty jestem mądrym uczniem, mam dobre stopnie i indeks i że pomagam im w pracy, że nie przeklinam... Tak na prawdę kryję pod tą maską bunt dla takiej rzeczywistości. Nie obchodzi mnie szkoła i zbędne przedmioty i gdyby tak nie zależało rodzicom już od dawna rzuciłbym te starania o pasek. O! wielebny pasku! Ile przez ciebie wycierpiałem! Ile czasu mi zabrałeś! Ile mojego życia...! Przeklinać też potrafię. Zgrywam nawet pozory kiedy pokazuje że coś mnie obchodzi polityka pana X, że "uważam" rządy pana Y za złe. W rzeczywistości pierdoli mnie, co mówi się o kaczkach, szczątkach jakiegoś debilnego samolotu o nieudolności Rosjan w postępowaniu w związku z tym. A niech sobie robią co chcą! Za dużo skupienia na przeszłości, a tak mało na przyszłość, technologię, cywilizację i rozwój.
Rozdrapujemy jakieś na prawdę nieważne rany, które tylko bardziej jeszcze bolą z każdym słowem. Świat się zhumanizował i to o tej gorszej humanizacji mówię. Z góry przepraszam prawdziwych humanistów. Połowa ludzi tylko bywa humanistami, kiedy nie wypada inaczej. A tak na prawdę komu zależy na patriotyzmie, historii i kultury na co dzień?
Ale to już abstrahując od tematu.
Czasami mam prawdziwą ochotę zrobienia wszystkim na przekór. Szczególnie tym, którzy wymagają ode mnie bycia porządnym.
Pozdrawiam
Matura maturą- nie trwa wiecznie. W wolnym czasie pomagam rodzicom, razem z tatą przygotowujemy grunt do budowy muru i płotu. Pomimo zmęczenia, które daje się we znaki po pewnym czasie, lubię tę robotę. Skupiam się tylko i wyłącznie na jednej czynności. Zapycham sobie czas. Jednak potem wracam do domu, jem coś, biorę prysznic i... nic! pusto! Nie mogę znaleźć sobie miejsca we własnym pokoju. Komputer już dawno nie interesuje, lekcji już nie odrabiam, nie przygotowuje się do matury bo nie mam już do czego, nie rozmawiam z nikim na gg, bo nikogo nie ma... Czas ten zapełniam grą na pianinie. Fakt faktem, że w końcu nadrabiam zaległości sprzed matury, ale to wciąż niedosyt. Czuję potrzebę rozmowy. Z rodzicami raczej sobie nie pogadam, bo nie lubię polityki, którą często poruszają. Z sąsiadami nie pogadam (mała wioska, nikogo w moim wieku nie ma). Nigdzie nie pojadę. Choć jestem dorosły, rodzice wciąż mają wątpliwości i kiedy chcę gdzieś się zabawić, to musi być spełnionych kilka warunków. Żeby ktoś pilnował tej imprezy, żeby to nie było do 12, żebym dzwonił co 15 minut, żebym ni kropelki alko nie pił... To ja dziękuję za taką zabawę.
Czuję się jak dziecko. Tkwię cały czas w tym martwym punkcie bycia obiektem nadmiernych trosk. Jak mam się uodpornić na rany te płytkie i te głębokie, skoro nie mogę ich doświadczyć? Nie mogę żyć pod kloszem; oszukuję sam siebie kiedy chcę pokazać, że jestem towarzyski wśród znajomych, a tak na prawdę nie miałem sposobności nabycia tej cechy. To ciągłe udawanie, to wieczne trwanie w skórze, której się nie lubi, którą chce się zrzucić. Chciałbym zdobyć się na tyle odwagi, żeby kiedyś na pytanie "co słychać?" zamiast "wszystko w porządku, mamo" odpowiedzieć: "Czuje się źle, chciałbym żebyście przestali mnie rozpieszczać i się o mnie tak martwić. Dajcie mi więcej swobody i pozwólcie mi być tym, kim jestem."
Ta dziecinność wymusiła nawet na mnie robienia pozorów prawego i dobrego człowieka. W oczach znajomych mamy i taty jestem mądrym uczniem, mam dobre stopnie i indeks i że pomagam im w pracy, że nie przeklinam... Tak na prawdę kryję pod tą maską bunt dla takiej rzeczywistości. Nie obchodzi mnie szkoła i zbędne przedmioty i gdyby tak nie zależało rodzicom już od dawna rzuciłbym te starania o pasek. O! wielebny pasku! Ile przez ciebie wycierpiałem! Ile czasu mi zabrałeś! Ile mojego życia...! Przeklinać też potrafię. Zgrywam nawet pozory kiedy pokazuje że coś mnie obchodzi polityka pana X, że "uważam" rządy pana Y za złe. W rzeczywistości pierdoli mnie, co mówi się o kaczkach, szczątkach jakiegoś debilnego samolotu o nieudolności Rosjan w postępowaniu w związku z tym. A niech sobie robią co chcą! Za dużo skupienia na przeszłości, a tak mało na przyszłość, technologię, cywilizację i rozwój.
Rozdrapujemy jakieś na prawdę nieważne rany, które tylko bardziej jeszcze bolą z każdym słowem. Świat się zhumanizował i to o tej gorszej humanizacji mówię. Z góry przepraszam prawdziwych humanistów. Połowa ludzi tylko bywa humanistami, kiedy nie wypada inaczej. A tak na prawdę komu zależy na patriotyzmie, historii i kultury na co dzień?
Ale to już abstrahując od tematu.
Czasami mam prawdziwą ochotę zrobienia wszystkim na przekór. Szczególnie tym, którzy wymagają ode mnie bycia porządnym.
Pozdrawiam
wtorek, 11 maja 2010
Idealista
Człowiek idealny. Nie istnieje.
Niestety czasami nie potrafimy tego zauważyć. Nie uważam się za idealistę. Mam sporo wad, niektóre tak hańbiące, że unikam ich rozgłosu, a do tego potrzeba kłamstwa- i już spotęgowałem moje niedociągnięcia. Irytuje mnie czasami czyjaś gadanina, jakobym potrafił wszystko i wielkie zdziwienie, kiedy coś mi nie wyjdzie. Generalnie mam to gdzieś, ale tym ludziom nie mieści się w głowach, że każdy człowiek popełnia błędy. Nie można ludzi stawiać nad innymi ludźmi. Nie mówię, że władza jest zła (chociaż ma swoje ciemne oblicze)- staje się tak kiedy paru ludzi chce zdominować całą resztę i w sposób autorytarny nimi rządzić. Władza powinna być dla ludzi, a ludzie powinni docenić to, że ktoś się nimi interesuje i chce im pomóc. Ale jakoś dzisiaj każdy rządzący jest krytykowany za byle błahostkę. Za to, że na pogrzebie nie był, albo że zapomniał pocałować damę w dłoń, albo że zapomniał się podetrzeć. Dlatego odchodzą do metod takich, jakie sobie wyborcy życzą, czyli nic innego jak do wyzwisk pod adresem przeciwnie ugrupowanej partii. Ale i to się nie podoba ludziom. Musimy się zastanowić, czy chcemy dalej tej rozpierduchy, czy może czas się uspokoić i przedstawić w spokoju i debacie poglądy poszczególnych stronnictw. Nie! Dlaczego? Bo ludzie ślepo wierzą, że przyjdzie kiedyś w końcu ideał i zrobi porządek. No to sobie poczekamy...
Jeszcze się taki nie narodził co by wszystkim dogodził.
Między innymi dlatego nie interesuję się polityką. Czasami zdarzy mi się obejrzeć jakieś wiadomości, ale wszytko co słyszę to wieczne powtarzanie, obietnice, afery, albo ekhm, PR "pijar" i jego brak. Jakby ten cały pasztet pochodził z jednego "wspaniałego" źródła. Nie ma różnych poglądów. Są tylko poglądy tych, którzy umieją głośniej się drzeć w mediach.
Strasznie polityczne te moje dzisiejsze rozważania... Muszę tego unikać, to jest jakieś... mętne.
Pozdrawiam
Niestety czasami nie potrafimy tego zauważyć. Nie uważam się za idealistę. Mam sporo wad, niektóre tak hańbiące, że unikam ich rozgłosu, a do tego potrzeba kłamstwa- i już spotęgowałem moje niedociągnięcia. Irytuje mnie czasami czyjaś gadanina, jakobym potrafił wszystko i wielkie zdziwienie, kiedy coś mi nie wyjdzie. Generalnie mam to gdzieś, ale tym ludziom nie mieści się w głowach, że każdy człowiek popełnia błędy. Nie można ludzi stawiać nad innymi ludźmi. Nie mówię, że władza jest zła (chociaż ma swoje ciemne oblicze)- staje się tak kiedy paru ludzi chce zdominować całą resztę i w sposób autorytarny nimi rządzić. Władza powinna być dla ludzi, a ludzie powinni docenić to, że ktoś się nimi interesuje i chce im pomóc. Ale jakoś dzisiaj każdy rządzący jest krytykowany za byle błahostkę. Za to, że na pogrzebie nie był, albo że zapomniał pocałować damę w dłoń, albo że zapomniał się podetrzeć. Dlatego odchodzą do metod takich, jakie sobie wyborcy życzą, czyli nic innego jak do wyzwisk pod adresem przeciwnie ugrupowanej partii. Ale i to się nie podoba ludziom. Musimy się zastanowić, czy chcemy dalej tej rozpierduchy, czy może czas się uspokoić i przedstawić w spokoju i debacie poglądy poszczególnych stronnictw. Nie! Dlaczego? Bo ludzie ślepo wierzą, że przyjdzie kiedyś w końcu ideał i zrobi porządek. No to sobie poczekamy...
Jeszcze się taki nie narodził co by wszystkim dogodził.
Między innymi dlatego nie interesuję się polityką. Czasami zdarzy mi się obejrzeć jakieś wiadomości, ale wszytko co słyszę to wieczne powtarzanie, obietnice, afery, albo ekhm, PR "pijar" i jego brak. Jakby ten cały pasztet pochodził z jednego "wspaniałego" źródła. Nie ma różnych poglądów. Są tylko poglądy tych, którzy umieją głośniej się drzeć w mediach.
Strasznie polityczne te moje dzisiejsze rozważania... Muszę tego unikać, to jest jakieś... mętne.
Pozdrawiam
czwartek, 6 maja 2010
Przenikliwe zimno
Jestem w pełni sezonu maturalnego, akurat mam dzień przerwy, więc mogę sobie odpocząć.
Niedawno zmarł mój wujek. Był co prawda stary i chory, mimo to powinienem przecież chociaż wydusić z siebie odrobinę żalu. Przygnębiał mnie więc fakt, że nie smuciłem się z powodu zgonu bliskiej mi osoby. Uodporniłem się na śmierć? A może po prostu nie był mi on tak bliski jak inni wujkowie? Dziwne odczucie. Poruszyła mnie jednak dzisiejsza pogoda. Przenikliwe zimno i lodowaty deszcz dawały się we znaki. To tak jakby dusza wuja domagała się odrobiny współczucia, żalu i szacunku, którego nie miał okazji tak na prawdę doświadczyć za życia. Dopiero wtedy zrozumiałem jego cierpienie. Cierpienie, które zostało przerwane śmiercią. To jedna z tych sytuacji, kiedy zastanawiam się, czy śmierć jest naszym wrogiem, czy sojusznikiem.
Poważnie zastanawiam się nad napisaniem dłuższej noweli. Już od dawna miałem parę pomysłów na jej napisanie, ale często chęci były jak fala: unosiły się i opadały. Tym razem, kiedy już skończę moje maturalne zmagania biorę długopis, kładę kartki, zamykam drzwi... a może nie zamykać? Może właśnie otwartość wesprze moje niedoszłe osiągnięcie? To jeszcze kwestia szczegółów.
Nie omieszkam powiedzieć, że miałem duże chęci na napisanie jej po angielsku... ale to raczej bezcelowe, a dla ćwiczenia języka wystarczy parę krótszych opowiastek.
Zobaczymy co nam czas przyniesie...
Pozdrawiam wieczornie
Niedawno zmarł mój wujek. Był co prawda stary i chory, mimo to powinienem przecież chociaż wydusić z siebie odrobinę żalu. Przygnębiał mnie więc fakt, że nie smuciłem się z powodu zgonu bliskiej mi osoby. Uodporniłem się na śmierć? A może po prostu nie był mi on tak bliski jak inni wujkowie? Dziwne odczucie. Poruszyła mnie jednak dzisiejsza pogoda. Przenikliwe zimno i lodowaty deszcz dawały się we znaki. To tak jakby dusza wuja domagała się odrobiny współczucia, żalu i szacunku, którego nie miał okazji tak na prawdę doświadczyć za życia. Dopiero wtedy zrozumiałem jego cierpienie. Cierpienie, które zostało przerwane śmiercią. To jedna z tych sytuacji, kiedy zastanawiam się, czy śmierć jest naszym wrogiem, czy sojusznikiem.
Poważnie zastanawiam się nad napisaniem dłuższej noweli. Już od dawna miałem parę pomysłów na jej napisanie, ale często chęci były jak fala: unosiły się i opadały. Tym razem, kiedy już skończę moje maturalne zmagania biorę długopis, kładę kartki, zamykam drzwi... a może nie zamykać? Może właśnie otwartość wesprze moje niedoszłe osiągnięcie? To jeszcze kwestia szczegółów.
Nie omieszkam powiedzieć, że miałem duże chęci na napisanie jej po angielsku... ale to raczej bezcelowe, a dla ćwiczenia języka wystarczy parę krótszych opowiastek.
Zobaczymy co nam czas przyniesie...
Pozdrawiam wieczornie
niedziela, 2 maja 2010
Autorytet
Coś mi się zdaje, że ostatnio z osób, które uważałem za autorytet zostały mi tylko 2- rodzice.
Nawiązując do jednego z moich poprzednich postów, człowiek powinien mieć zasady i nimi się kierować w życiu. Cała sztuka polega na tym, by wybrać te odpowiednie, a odrzucić te bezsensowne. Moim autorytetem byli zawsze ludzie, którzy mieli swoje stanowcze poglądy i wartości. Teraz zauważyłem, że ci ludzie z całym impetem je łamią. To zjawisko nie jest bynajmniej złe.
Przecież w naszym świecie na prawdę nie da się zachować jednolitych reguł. Każdy może je kształtować na swój sposób. Trwanie wciąż w jednym poglądzie nie jest z reguły złe- staje się tak dopiero kiedy nie ma już mniej lub bardziej racjonalnych argumentów na jego obronę. Tak na prawdę, tylko głupcy nie zmieniają zdania. Do autorytetów- uważam, że nie można doszukiwać się wzorców, ani ślepo przyjmować ich zdania. Dla mnie wyjątkiem są oczywiście rodzice, ale i z nimi nie zgadzam się w pewnych kwestiach. Różnica pokoleń wymaga zmiany światopoglądu.
Jeśli zatem uważałeś/łaś że twój nauczyciel/ka od angielskiego jest wzorcem przestrzegania regulaminu szkoły w niej i poza nią, to głęboko się mylisz, a i możesz się zdziwić, kiedy zastaniesz ją/ jego przy piwku czy nawet winiaczu.
Wszystko jest dla ludzi i jeśli twój autorytet korzysta z tych samych dobrodziejstw ludzkości co inni ludzie to przede wszystkim jest to taki sam człowiek jak ty czy ja.
Pogmatwałem trochę ale rozumiecie o co chodzi?
pozdrawiam
Nawiązując do jednego z moich poprzednich postów, człowiek powinien mieć zasady i nimi się kierować w życiu. Cała sztuka polega na tym, by wybrać te odpowiednie, a odrzucić te bezsensowne. Moim autorytetem byli zawsze ludzie, którzy mieli swoje stanowcze poglądy i wartości. Teraz zauważyłem, że ci ludzie z całym impetem je łamią. To zjawisko nie jest bynajmniej złe.
Przecież w naszym świecie na prawdę nie da się zachować jednolitych reguł. Każdy może je kształtować na swój sposób. Trwanie wciąż w jednym poglądzie nie jest z reguły złe- staje się tak dopiero kiedy nie ma już mniej lub bardziej racjonalnych argumentów na jego obronę. Tak na prawdę, tylko głupcy nie zmieniają zdania. Do autorytetów- uważam, że nie można doszukiwać się wzorców, ani ślepo przyjmować ich zdania. Dla mnie wyjątkiem są oczywiście rodzice, ale i z nimi nie zgadzam się w pewnych kwestiach. Różnica pokoleń wymaga zmiany światopoglądu.
Jeśli zatem uważałeś/łaś że twój nauczyciel/ka od angielskiego jest wzorcem przestrzegania regulaminu szkoły w niej i poza nią, to głęboko się mylisz, a i możesz się zdziwić, kiedy zastaniesz ją/ jego przy piwku czy nawet winiaczu.
Wszystko jest dla ludzi i jeśli twój autorytet korzysta z tych samych dobrodziejstw ludzkości co inni ludzie to przede wszystkim jest to taki sam człowiek jak ty czy ja.
Pogmatwałem trochę ale rozumiecie o co chodzi?
pozdrawiam
Subskrybuj:
Posty (Atom)
