Witam po długiej przerwie- być może za długiej. Wiele rzeczy wydarzyło się przez ten czas wakacyjnej beztroski... No tak nie oszukujmy się. Papierkowa robota i kartki dokumentów po to żeby mieć miejsce w PG i do spania... Do tego masa pracy fizycznej, co w efekcie dało skutek odwrotny do zamierzonego- wakacje nie były odpoczynkiem dla mnie w tym roku. Wiem że mam jeszcze prawie cały wrzesień, ale wiem również już dobrze co mnie czeka... No nic nie ten temat chciałem poruszyć. Proszę uznać to za wstęp kontrastujący do pozostałej treści notki.
Chciałem przybliżyć Wam moje wrażenia po obejrzeniu Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie.
Zacznę od tego, że pojechaliśmy z prawie całą rodzinką, która w dniu moich 19. urodzin wręczyła mi bilet do tego niesamowitego miejsca. W niedzielę zgodnie z planem wyruszyliśmy o 8:00, o dziwo bez spóźnień jakie zwykle występują, gdy jedziemy autem dalej niż 20km... Nieważne. Podróż była miła i błyskawicznie dotarliśmy na miejsce. Wędrujemy ulicą Ordynacką aż do jej końca. Już przed muzeum ukazuje nam się ciekawy niski budynek, na którym widnieje pięciolinia, nuty... nie odgadłem niestety utworu. Na przeciwko rozciągają się szerokie schody, zdobione nie szczególnie mocno, chyba po to by nie odciągały uwagi od monumentalnego (jak dla mnie) budynku muzeum. Jako że specjalnie nie znam się na architekturze pozwolę sobie pominąć wygląd zewnętrzny muzeum, a przejdę do środka.
Generalnie mamy cztery kondygnacje do zwiedzenia. Każdy poziom ukazuje nam inną część życia Chopina. Jego dzieciństwo odkrywamy na parterze. Możemy przyjrzeć się nie tylko szkołom jakie ukończył, ale także nauczycielom, innym uczniom, a nawet planie lekcji. Informacje przybliżają nam zdjęcia, podpisy i specjalne stanowiska, w których po przyłożeniu biletu elektronicznego można usłyszeć więcej na dany temat. Również tutaj można posłuchać muzyki geniusza fortepianu, niestety ilość zwiedzających jest stanowczo za duża by wszyscy mogli w spokoju usłyszeć najszczersze i najpiękniejsze dźwięki fortepianu... Sprawy nie ułatwiały też trwające naprawy stanowisk i konserwacja eksponatów. Pierwsze duże wrażenie wywarł na mnie dopiero widok długiego fortepianu położonego w piwnicach muzeum. Na telebimie widać było pianistę, który uderza w klawisze. Po przyłożeniu nut do pulpitu fortepianu pianista zaczynał grać dany utwór Chopina. Sala była nowoczesna, przestronna, nadawała nastrój płynącej w tle muzyce (Choć muzyka ta była w istocie najważniejsza).
Wkraczając na pierwsze piętro miałem wrażenie cofnięcia się w czasie do początku wieku XIX. Eleganckie, klasyczne schody, biel, żółcień... Na suficie widniał też pewien tryptyk, jednak nie uzyskałem żadnej informacji na ten temat. Wkraczamy teraz do paryskiego salonu, prawdopodobnie takiego w jakim pomieszkiwał Chopin będąc we Francji. Tu po raz kolejny ujrzałem fortepian, tym razem mniejszy, salonowy, ładnie wyeksponowany usytuowany blisko wejścia. Uroku miejsca dopełniały odgłosy uderzających lekko filiżanek i ciche, francuskie konwersacje, dobiegające jakby zza ścian. Na tym piętrze znajduje się też mnoga ilość listów Chopina wysyłana do wielu osób w tym najczęściej do Matki, rodziny i kochanek... Podoba mi się literackość tych zwykłych listów i to że zawierają odrobinę humoru, sarkazmu i pokazują figlarną stronę Chopinowskiej duszy. Również na tym poziomie możemy odnaleźć pomieszczenie, w którym kilka różnych gablotek odkrywa tajemnice miłości pianisty. Myślę, że miłość, która przetrwała by najdłużej była by darzona przez Fryderyka w stronę Jane Stirling. Doskonale uzupełniała geniusza, dbała o niego, on komponaował dla niej melodie... natomiast najbardziej owocną znajomością okazał się związek z Delfiną Potocką, podczas którego Chopin napisał wiele swoich utworów m in Koncert f moll, który dedykował tejże pani.
Ostatnie piętro opiszę następnym razem. Tymczasem idę spać.
Pozdrawiam
poniedziałek, 6 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
Wymarzony prezent od rodziny na urodziny :)
Prześlij komentarz